ImageMaciej Rudnik: W ostatnią sobotę maja oczy sportowego świata zwrócone były na stadion Wembley, na którym FC Barcelona potwierdziła swoją dominację w Europie w ostatnich latach, zdobywając po raz trzeci Ligę Mistrzów. Duży w tym udział mają młodzi trenerzy, a wcześniej byli piłkarze tego klubu: Josep Guardiola i Luis Enrique. Koledzy z klubu i reprezentacji - młodzi, ambitni, wciąż mający sportowe sylwetki. Gdy ten pierwszy został wybrany na trenera pierwszej drużyny, jego miejsce na ławce FC Barcelona B zajął właśnie Luis Enrique. Prowadzona przez niego drużyna złożona z wychowanków Barcelony po raz pierwszy od 14 lat awansowała do II ligi hiszpańskiej, a w zakończonym wczoraj sezonie zajęła trzecie miejsce! W Polsce dobrze znana jest piłkarska przeszłość pochodzącego z Asturii Hiszpana, natomiast mało kto wie, że ten znany z wielkiej woli walki, ambicji i nieustępliwości zawodnik może pochwalić się świetnymi wynikami uzyskanymi w maratonie. W Hiszpanii biegowe wyniki 62krotnego reprezentanta La Roja budzą szacunek i uznanie wśród maratończyków.

Piłkarz

Luis Enrique to jeden z niewielu piłkarzy świata, który grał w obu największych klubach Hiszpanii: Realu Madryt i FC Barcelona. Zdobywał mistrzostwo Primera División w obydwu drużynach i - co również jest ważne-  strzelał bramki największym rywalom w bezpośrednich starciach. Zanim trafił do Realu, jako 19.latek zadebiutował w Sportingu Gijon, skąd w 1991 roku trafił do Królewskich. W Madrycie spędził 5 sezonów, by w 1996 przenieść się do największego wroga Realu, drużyny Barcelony. Przejście to wywołało olbrzymią falę nienawiści spotęgowaną przez deklaracje samego zawodnika, który przyznał, że zawsze kibicował drużynie ze stolicy Katalonii dla której w czasie 8 sezonów zdobył 109 goli. Niewielu jest piłkarzy, którzy mogą powiedzieć o sobie, że zagrali w koszulce FC Barcelony, jeszcze mniej, że strzelili dla niej ponad sto bramek.

Image

Image


Luis Enrique podczas swojej kariery grał na wielu pozycjach: napastnika, pomocnika a nawet obrońcy. Ta wielka uniwersalność Hiszpana była możliwa między innymi dzięki jego olbrzymiej woli walki, nieustępliwości oraz wydolności. Gdziekolwiek by go nie postawił trener, Luis Enrique zawsze pokazywał niesamowity charakter. Do historii hiszpańskiej i światowej piłki przeszło zdarzenie z ćwierćfinałowego meczu z Włochami na  Mundialu 94 w USA. Prawy obrońca Włochów, Mauro Tassotti bezpardonowo powstrzymuje Hiszpana w polu karnym, uderzając go łokciem tak dotkliwie, że złamał mu nos. Sędzia Sandor Puhl nie tylko nie odgwizdał karnego, ale nawet nie ukarał chamskiego zachowania obrońcy Milanu. Zdjęcie wściekłego Luisa Enrique protestującego z zakrwawioną koszulką obiegło cały świat.

Image

Piłkarski dorobek Luisa Enrique może budzić respekt: złoty medalista Igrzysk Olimpijskich, trzykrotny uczestnik mistrzostw świata, zdobywca 12 bramek w 62 meczach La Selección, trzykrotny mistrz Hiszpanii, trzykrotny triumfator Pucharu Króla, zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharu i Superpucharu Europy, uznany przez tygodnik „Don Balón” najlepszym hiszpańskim piłkarzem w 1997r, strzelec 109 bramek dla blaugrana. Luis Enrique grał z takimi gwiazdami jak Hugo Sanchez, Butragueño, Raul, Figo, Ronaldo, Guardiola, Kluivert, Rivaldo czy Ronaldinho.
Większość piłkarzy, gdy kończy karierę, nie tylko przestaje trenować, ale bierze kompletny rozbrat z czynnym uprawianiem sportu. Wystarczy spojrzeć na naszych byłych kopaczy i ich brzuchy…
Luis Enrique jako piłkarz osiągnął praktycznie wszystko- wielu może tylko pomarzyć o takiej karierze. Mógł prowadzić spokojne stateczne życie u boku swojej małżonki Eleny i trójki dzieci. Ale nie on! Ponieważ jest z innej gliny ulepiony, miał jeszcze coś do zrobienia. Czytając relację oraz przeżycia z maratonów, w których startował, najlepiej widać jego fenomen. Ten charakter sportowca, który nigdy się nie poddaje, za co tak bardzo uwielbiali go kibice.

Maratończyk

Rok po zakończeniu piłkarskiej kariery Luis Enrique mógł zrobić to o czym myślał już od dawna: wystartować w maratonie. Nie był już związany żadnymi klauzulami w kontrakcie ani piłkarskimi obowiązkami. Wreszcie mógł zmierzyć się z własnymi słabościami oraz udowodnić, że jego sława nieprawdopodobnego walczaka nie była przesadzona. Czekał na niego bardzo specjalny rywal, z którym jeszcze nie miał okazji się zmierzyć: maraton oraz słynna ściana.

Udany debiut

Na debiut wybrał jeden z najsłynniejszych maratonów świata Nowy Jork. Cel który sobie postawił Asturyjczyk to czas między 3:15 a 3:30. Mimo długich przygotowań już na drugiej mili zaczął odczuwać silny ból żołądka. Z tego powodu musiał zrezygnować z picia zarówno na 5 jak i 10km. Na szczęście bóle odpuściły. Na 19km dodała mu otuchy dopingująca go żona Elena. Połówkę przekracza z czasem 1:30:23. To jest znakomity wynik, jak na debiutanta, ale Hiszpan zaczyna czuć, że brak mu sił. Gdy przekracza połówkę żołądek mu jeszcze nie przeszkadzał, ale zaraz potem… Wszystko mu zaczęło przeszkadzać: ciepło, hałas, kubki na ziemi, itp. Kolega z którym biegnie, dopinguje go, zachęca do wspólnego biegu, ale Luis Enrique mu tylko coś odburknął  i zostaje sam. Wydaje mu się, że to nie może być ściana, ponieważ to jeszcze nie jest 28km…  Ale traci siły, także musi się zatrzymać na chwilę, po czym zaczyna trucht. Najgorszy moment przychodzi, kiedy podnosi wzrok i widzi tabliczkę z 30km. Zegar pokazuje czas 2:11:30, czyli zostało jeszcze 12km, a on nie ma już sił ani możliwości na odzyskanie ich. Przychodzą do głowy myśli o wycofaniu się. Wtedy próbuje patrzeć na ziemię i wyłączyć wszystkie myśli. Od tego momentu wszystkie punkty z napojami są zbawieniem i na każdym z nich pije kilka kubków płynów. Czuje się źle, myśli tylko o jednym: żeby przekroczyć linię mety. Nie zależy mu na niczym, nie zależy mu na czasie, chce tylko to zakończyć.. Trasa biegnie przez Bronx  i przez kolejny most, którego nawierzchnia jest z metalu.

Image


35km przekracza z czasem 2:36:52. Zbliża się do Central Parku. Powrót na Manhattan i wtedy też jest ta najgorsza mila, między 23 a 24. Prawie cała to podbieg. Widzi masę biegaczy-jedni się zatrzymują, a inni leżą na ziemi. W jego głowie jest tylko jedna myśl: dotrzeć. Na końcu tej mili znowu spotyka dopingującą go żonę, ale nie ma sił na pozdrowienie. 40km przekracza z czasem  3:03:22. Po 25 mili jest zbieg i krótki oddech. Wtedy wraca świadomość, patrzy na zegarek i widzi, że może złamać 3:15. Zaczyna mu dokuczać mięsień dwugłowy lewej nogi. Mimo to stara się zwiększyć tempo biegu, jeszcze tylko 800 yardów, 400..  W końcu przekracza linię mety z czasem 3:14:09.
Analizuje swój bieg i wspomina błędy, które popełnił: za dużo płynów w dniu startu. Przez tak duże nawodnienie jego żołądek wystawił mu rachunek.
Drugi błąd to taki, że zaczął za szybko, ale gdyby mógł to powtórzyć, to zrobiłby to ponownie. Kto nie ryzykuje nie zwycięża.
Ten pierwszy maraton zadedykował rodzinie, a w szczególności żonie Elenie, bo bez jej pomocy nie mógłby dobrze się przygotować do tego startu. New York Marathon 2005, czas 3:14:09

Image

Pierwsza próba złamania trzech godzin

Rok po nowojorskim maratonie startuje w Amsterdamie, gdzie zamierza zejść poniżej 3 godzin. Temperatura była dosyć niska, dobra do biegania, ale wiał wiatr, który dawało się odczuć na kanałach.  Startuje w grupie złożonej z ośmiu hiszpańskich biegaczy oraz trenera, który ich przygotowywał. Plan biegu jest taki: każde 5km biec rytmem 21:15, półmaraton pokonać w 1:29:30, 30km w 2:07:30, a 40km w 2:50. Gdyby udało się utrzymać to tempo biegu pozostałby 40sekundowy zapas od 40km na to, żeby złamać 3godziny.
Początek biegu odbywa się zgodnie z planem. Pierwszych pięć kilometrów biegnie w 20:58, 10km w 42:20, drugie 5km zrobił w 21:22. W tym miejscu czeka na niego żona Elena z dziećmi: Pacho i Sirą. Pokazuje jej, że wszystko jest w porządku, zgodnie z planem.
Podczas biegu utworzyła się blisko czterdziestoosobowa grupa, którzy biegli razem z Hiszpanami. Nie spodziewali się tego. Bieg w tak licznej grupie zawsze niesie ze sobą ryzyko zahaczenia czy popchnięcia. Zwłaszcza na zakrętach, zwężeniach oraz punktach z wodą. 15km przekracza w 1:03:47, 5km w 21:27.
Pomiędzy 15 a 25km był najbardziej odkryty odcinek i wiatr tam wiał najmocniej, ale chronił się biegnąc za kimś. 20km pokonuje w 1:24:55, a czas tych ostatnich pięciu km to 21:08. Gdy przekracza półmaraton zegar pokazuje 1:29:48. Dotąd wszystko idzie zgodnie z planem, ale brakuje już trochę świeżości. Zaczyna też odczuwać, że powinien pić więcej, ponieważ jego mięśnie będą bardziej reagować na wysiłek i może złapać skurcze. 25km pokonuje w 1:46:11, te 5km w 21:16.
Od tego momentu stawia sobie za cel wytrzymać z grupą do 30km. Jego nogi robią się coraz twardsze, a wysiłek jest coraz bardziej odczuwalny. Nie ma to nic wspólnego z odczuciami, które miał robiąc długie wybiegania w Barcelonie. Próbuje stawiać sobie plany na bliskie cele. Do tej pory z licznej wcześniej grupy zostało już niewielu. Zdając sobie sprawę, że nie pije wystarczająco dużo płynów, zaczyna połykać żel. Dzięki niemu będzie miał więcej energii, ale niestety nie ma wody, żeby popić go tak jak radzą.
Przekracza 30km z czasem 2:07:18, te pięć km zrobił w 21:07. Pierwszy cel zrealizowany. Trenując przebiegał 32km, ale teraz zaczyna wkraczać na nieznany mu teren. Nie wie jak zareaguje organizm. Kolejny cel, który sobie stawia: wytrzymać z grupą do 35km.

Image

Źródło (http://photos1.blogger.com)

Nogi coraz bardziej go bolą i wie, że już niebawem mogą pojawić się skurcze. Na punkcie z napojami bierze wodę i izotonik. Od kolegi dostaje jeszcze jego kubek. Picie z kubka do dla niego mordęga. Nie dość, że wszystko się wylewa, to jeszcze krztusi się, na dodatek plastikowe kubki pękają…
Wytrzymuje tempo i 35km przebiega  w 2:28:25, a ostatnie 5km w 21:07.
W tym momencie stawia sobie za cel wytrzymać jeszcze jeden kilometr.
Voldenpark jest już coraz bliżej, wciąż jest zapas na złamanie trzech godzin, ale grupa, która z nim biegła, bardzo spustoszała. Trener dopinguje go do ostatniego wysiłku.
40km przekracza w 2:50:50, było to najwolniejsze 5km 22:15.
Sił już nie starcza. Został już tylko jeden kilometr- jak długi może być jeden kilometr… Już widać stadion. Koledzy, którzy już ukończyli bieg kibicują mocno, tak samo żona Elena z dziećmi. Jest już na bieżni, próbuje przyspieszyć tempo, ale łydki oraz mięśnie czworogłowy i dwugłowy są już tak zbite, że zaraz się zablokują. Przyspiesza, widzi trójkę na zegarze. Wszystko mu jedno, idzie na maksa, chce to zakończyć. 3:00:19 to jego czas. Jest zadowolony i usatysfakcjonowany. Ukończył drugi maraton z dużo lepszymi wrażeniami niż pierwszy. Poza tym poprawił swój rekord o prawie 14minut. To jest też pierwszy maraton, w którym nie miał ściany. Bardzo wdzięczny jest żonie za wsparcie i pomoc. A w planach ma już następny maraton…
Amsterdam Marathon 2006, czas 3:00:19

Image

Plan zrealizowany

Luis Enrique nie odpuszczał jako piłkarz. Jako maratończyk też nie. Co nie udało mu się w Amsterdamie postanowił zrobić rok później, tym razem w pięknej Florencji.
Pogoda była wręcz idealna: 10stopni C, niebo zachmurzone, trasa w większości asfaltowa, tylko niekiedy kostka brukowa.
Plan na złamanie trzech godzin był tym razem ambitniejszy niż w Amsterdamie. Tempo biegu miało być żwawsze (4:00- 4:10), a połówkę trzeba zrobić w 1:27, żeby mieć wystarczające zabezpieczenie, gdy nadejdzie kryzys. Chociaż większość maratończyków zakłada biec obie połówki równo, to Luis Enrique nie ma nic przeciwko temu, żeby zrobić pierwszą szybciej i mieć wystarczający zapas.
Start, ruszają. Poza pierwszym kilometrem 4:23, który ma lekki podbieg, pozostałe kilometry mają zbieg, co pomaga nadrobić ten wolniejszy kilometr. 5km przekracza w 20:04. Trener a zarazem prowadzący Luisa Enrique odradza mu patrzenia na czas każdego kilometra. Radzi tylko, żeby biegł równo z nim. 10km pokonuje w 40:48, te drugie 5km przebiegł w 20:44, średnia biegu wynosi 4:08.
Na 12km spotyka się z Eleną oraz dzieci, co dodaje mu skrzydeł. Trasa we Florencji pozwala towarzyszyć biegaczom w kilku punktach bez zbytniego przemieszczania się.
15km pokonuje w 1:01:51, te 5km przebiegł w 21:03, 20km w 1:22:50, 5km w 20:48.

Image

Źródło (http://bp1.blogger.com)


Połówkę przekracza w 1:27:27, czyli wszystko idzie zgodnie z planem.
Na 25km nie ma już innych znajomych biegaczy, którzy z nim biegli wcześniej. Zostaje już tylko on i jego trener-zając. Luis Enrique nie ogląda się za siebie. Patrzy wyłącznie przed siebie oraz na boki. 25km zalicza z czasem 1:43:16, 5km w 20:54. Poza żoną widzi też wśród kibiców bratową Susanę z flagą Asturii. Jest też dużo więcej ludzi, którzy dopingują maratończyków, którzy biegną teraz jak uskrzydleni niesieni dopingiem. Zaczyna wyprzedzać coraz więcej biegaczy, co napawa go wyjątkową radością. Przekracza 30km w 2:04:17, 5km w 20:31, tempo 4:06. Biegnie bez hamulców. Bierze drugi żel.
Zbliża się najtrudniejszy moment maratonu. Opuszczają miasto, wkraczają do parku z długimi prostymi bez kibiców. Na 31km prosi trenera, żeby go ubezpieczał, ponieważ zaczyna odczuwać tempo. Po minięciu 34km zaczynają się prawdziwe problemy. Nogi są coraz cięższe, każde odbicie wymaga więcej energii. 35km 2:25:32, 5km w 21:15, tempo 4:15.

Od prowadzącego słyszy, że musiałby biec tempem 5minut kilometr, żeby nie złamać 3godzin. Dostaje kolejny żel, który natychmiast wypluwa. Nic mu już nie wchodzi…
Ten park wykańcza go. Teraz inni maratończycy wyprzedają go, najpierw kilku, potem coraz więcej. Kiedy masz wrażenie, że nie idzie ci dobrze, wtedy zawsze myślisz, że biegniesz gorzej niż w rzeczywistości biegniesz. Najważniejsze to nie poddać się i szukać celu na krótki czas: jeszcze tylko do tego zakrętu, tylko do tego samochodu i tak aż do mety. W końcu kończy się park. 40km w 2:48:09, 5km w 22:37, tempo 4:31.
Wracamy do miasta. Rodzina i przyjaciele dopingują, ale nie ma już sił, żeby ich pozdrawiać.41km w 4:29, 42km w 4:27. Zbliża się meta i jeszcze ostatni wysiłek, żeby zejść poniżej 2:58. Egzamin zaliczony. 2:57:58. Wreszcie!
Kolejne wyzwanie zrealizowane z żoną Eleną i dziećmi jako świadkami. Bez wątpienia rodzina to najlepsza rzecz, jaka mu się zdarzyła i dumą napawa go to, że dzielą z nim jego zainteresowania.
Firenze Marathon 2007, czas 2:57:58

Image

Źródło (http://victorgo.blogspot.com)

Wielki piłkarz zrealizował swój cel-ukończył maraton. Ale ciągle mu było mało. Chciał złamać 3godziny i to również osiągnął. Na tym jednak Luis Enrique nie poprzestał. Brakowało przecież Iron Mana i …  ale to już temat na oddzielny reportaż :)

Maciej Rudnik
WARSZAWIAKY
{moscomment}